środa, 18 grudnia 2019

Zagubiona.

Nie wiem co zrobić.
Znowu moje zagubienie wraca.
Najlepiej bym siedziała tylko w domu, spała albo słuchała muzyki.
No ewentualnie czytała jeszcze książki, byle by oderwać się od tego świata.

Ostatnio znowu rozmyślałam nad życiem i śmiercią.
Chciałabym zaznać spokoju, ale jak sobie pomyśle, że osoby, które spotkałam w tym życiu znikną na zawsze, to nie potrafię podjąć decyzji, co zrobić dalej.

Czytałam ostatnio swój chiński znak zodiaku. 2020 rok zapowiada się obiecująco. W sumie może się sprawdzić, to co planuje od dłuższego czasu. Jest koniec roku, a to sprzyja nowym decyzjom i zmianom.

Mogę wziąć się za swoje życie i dążyć do celów, jakie sobie wyznaczyłam i spełniać marzenia.
Ale w sumie poddanie się i życie z dnia na dzień jest łatwiejsze do zrobienia.

Spróbuje się za siebie wciąć i zrobić to czego pragnę.

Inna rzecz, która nie daje mi spokoju to pies.
Mam w domu aktualnie sześć zwierząt. Pięć psów i jednego kota.
W sumie to jeden pies i kot są mojej siostry, ale są w tym samym domu, więc to tak jakby były też moje.
Urodził się ostatnio szczeniaczek. A w zasadzie to nawet dwa, jednak ten jeden mając jakieś 3 dni zdechł, nikt nie wie dlaczego. Możliwe, że matka na nim usiadła i go po prostu zadusiła, ale inna teoria to to, że mogła doznać jakiegoś urazu po tym, jak podczas porodu pies wyskoczył z koszyka w którym rodził i pociągnął ją za sobą, bo piesek nie zdążył się do końca urodzić.
Smutne, ale to nie o tym ten temat.
Jej siostra jest cała i zdrowa, a ja zastanawiam się co z nią zrobić.
Od samego początku było ustalone, że nie zostawiamy żadnego pieska, bo mamy ich już w zupełności, więc nie nastawiałam się na nic z góry. Nie chciałam brać jej na ręce, ani nadawać jej imienia, jak to potrafiłam robić w latach poprzednich, żeby się nie przyzwyczajać, ale kiedy została sama, wszystko uległo zmianie. Jej matka totalnie nie nadawała się na opiekę. Nie miała w sobie za grosz matczynej opieki. Tak, karmiła ją, ale nie siedziała z nią, tak jak chociażby dwie inne suki, które mam w domu, a które miały też już dzieci.
Moja siostra zaczęła mówić, że wolałaby, żeby ona została w rodzinie, żeby wziął ją jakiś znajomy, ciocia, bądź kuzynka, a potem zaczęła mówić, że ją zostawiamy, a ja wciąż trzymałam ją na dystans. Dopóki nie wzięłam jej do siebie do pokoju i nie leżałam z nią.
Pisząc teraz te słowa czuję, że lada moment moje łzy zaczną płynąć.
Przyzwyczaiłam się do niej i nie chcę jej oddawać.
Ale z drugiej strony, mam już wystarczająco dużo psów, więc na co mi kolejny.
Jednak, kiedy patrzę w jej oczka, wiem że nie będę miała serca jej komu kol wiek oddać.
Nie wiem co teraz robić, a ona sama by tęskniła za rodzicami, których ma teraz i osobami, które ją przytulają, czasem opieprzą, kiedy trzeba, ale wciąż ją kochają.

Nie potrafię podejść do tego pieska w inny sposób. Nie potrafię się jej ''pozbyć'', ale mam też problem z tym, że mogłaby zostać.
Nie wiem co teraz robić.

Rodziców nie ma, więc mam jeszcze kilka dni na zastanowienie się, ale myślę, że to nic nie da.
Ona jest szczeniakiem.
Trzeba dać jej czas do nauczenia się wszystkiego.
Od załatwiania się na dworze, po podawanie łapki, przez samokontrole.
Mam teraz czas. Nie ma problemu, ale nie wiem co zrobić.

Opieka nad pieskiem nie jest taka ciężka, szczególnie, kiedy od małego jest szkolona, ale samemu to nie takie proste. Taki piesek marudzi i wiele innych. Mam doświadczenie ze szczeniakami, w końcu wiele razy miałam je w domu, ale teraz sama nie wiem.
Myślę, że jakby ktoś mi przy tym pomagał byłoby o wiele łatwiej.
I myślę też, że największym problemem, który mnie blokuje to to, że sama nie potrafię zapanować nad sobą. Zbyt często wycofuje się z życia i mam ochotę zniknąć, a opieka nad kimś nie jest mi pisana. Nie nadaję się na rodzica, ale kiedy ona by zniknęła myślę, że moje serce pękło by na jeszcze więcej kawałków, niż teraz jest.

niedziela, 8 grudnia 2019

Zimowe opowiadanie.

***

Matka założyła swoją najlepszą suknię. Znowu wychodzili całą rodziną w odwiedziny, do tych nadętych ludzi z wyższej klasy. Bal u szlachciców rodzice odbierali tak, jakby nic lepszego nie mogło się przytrafić.
- Pospiesz się Leo! - Krzyknął z dołu jego ojciec. Nienawidził, kiedy ktoś się spóźniał.
- Naprawdę muszę jechać? - Zwrócił się do matki.
- Ależ oczywiście. To ogromny zaszczyt dla nas.
- Zaszczyt? Będziemy wśród tych napuszonych ludzi, którzy kiedy tylko nadarzy się okazja próbują wbijać sobie szpile.
- Jesteś jeszcze młody. Nic nie rozumiesz.
- Kochanie ile można czekać na waszą dwójkę? - To znowu ojciec, stał już zniecierpliwiony u dołu schodów.
- Już, już. Założę jeszcze kolczyki i możemy jechać.
- Zawiąż poprawnie tą wstążkę synu. - Bez słowa sprzeciwu, chłopak zrobił co mu ojciec kazał.

***

Siedzieli w wozie. Chłopak wyglądał przez okno, a jego rodzice rozmawiali obgadując każdego, kto miał przybyć.
- Słyszałam, że królewski syn ma być na przyjęciu.
- Doprawdy? Który?
- Ten średni. Młodszy coś złapał, chyba grypę, a najstarszy przygotowuje się do objęcia tronu.
- Ale do tego jeszcze szmat czasu.
- Wiem. Nigdy nie zrozumiem tych królewskich nakazów.
- Nie nakazów, tylko zasad, kochanie. 
- Tak, zasad. Przepraszam.
- Jest w Twoim wieku Leo. - Tym razem słowa były skierowane w stronę ich syna.
- Czemu milczysz Leonardzie? Źle się czujesz? - Odezwał się ojciec.
- Nie. Wszystko jest dobrze.
Zajechali pod pałac, w którym odbywał się bal.
- Zachowuj się tam synu. Nie będziemy tolerować twoich wybryków. I nie próbuj zbliżać się do nikogo z rodziny królewskiej, to że szlachcice nas zaprosili, wcale nie znaczy, że mamy takie przywileje jak oni.
- Dobrze. Nie przyniosę Wam wstydu.

***

Leo stał pod ścianą, rozglądając się w poszukiwaniu wyjścia. Jakaś grupka osób w jego wieku, przygląda mu się od dłuższego czasu. Chłopak ruszył się z miejsca i kątem oka widział, że oni poczynili to samo. Wyszedł przez jakieś drzwi i skierował się korytarzem w stronę ogrodu. Wyglądało na to, że młodzież nie zamierzała dać mu spokoju, wciąż za nim podążając.
- Hej! Stój! - Leo nie zareagował, tylko przyspieszył kroku, mając nadzieje, że kiedy już wkroczy do ogrodu, a jego buty dotkną śniegu, który zasypał wszystko wokół, tamci dadzą mu spokój. Nic bardziej mylnego, oni też przyspieszyli, a wręcz biegli.
- Głuchy jesteś? Wołałem do Ciebie.
- Czego chcecie?
- Nie pochodzisz z rodziny szlachetnej. Ta twoja matka myśli, że jak nasi rodzice wysłali zaproszenie waszej rodzinie, to może się tutaj tak panoszyć?!- Chłopiec był otoczony przez czworo innych chłopaków w jego wieku.
- Daj spokój mojej matce.
- Teraz się za nią wstawiasz? Przecież widziałem, że nie odpowiada Ci ich towarzystwo.
- Nic nie wiesz. Daj mi spokój.
- Dać Ci spokój? Tego właśnie chcesz? Dobra, ale najpierw mała lekcja pokory. - Brunet z krzywym nosem i ustami tak pogryzionymi, jakby go myszy dopadły wymierzył cios chłopakowi w splot słoneczny, po czym inny kopnął go w głowę.
- Hej,hej, hej ! - Krzyknął ktoś schowany za filarami.
- Cóż takiego zrobiłeś, że zasłużyłeś na taką karę? - Powiedział przystojny, młody brunet wyłaniając się z ukrycia, pomagając wstać leżącemu i wręczając mu przy tym chusteczkę.
- Przepraszamy! - Nie wyjaśniając nic więcej cała czwórka ukłoniła się tylko i szybko uciekła z powrotem na sale balową.
- Dokuczają Ci? Kim jesteś, bo nie przyszło mi Cię jeszcze poznać?
- Leo. Wybacz, ale kim ty jesteś?
- Zwą mnie William. Dla przyjaciół Will.
- William? Wybacz, ale nie kojarzę.
- Tym lepiej. Chodźmy, nie wygląda to najlepiej.

***

- A więc jesteś księciem? Wybacz j-ja nie w-wiedziałem. - Powiedział Leo kłaniając się przy tym.
- Tak. Średnim tak dokładniej. Zostałem wybrany jako przedstawiciel rodziny królewskiej na tym przyjęciu. 
- Jesteśmy w tym samym wieku. Matka mi powiedziała, kiedy tu jechaliśmy.
- Tak? To chyba dobrze.
- Przepraszam. Nie powinienem. Jesteś księciem, j-ja. 
- Daj spokój. Nie lubię tej całej gadaniny. ,,Paniczu nie powinieneś się brudzić, tak nie przystoi'', ,,Proszę się zwracać się do członka, rodziny królewskiej w taki sposób''. Mam 14 lat, nie chcę być tak traktowany, wolę biegać po lesie w deszczowe dni, skakać w kałużach i w ogóle nie przejmować się tą całą etykietą.

sobota, 7 grudnia 2019

Życie i Śmierć.

Życie jako optymista musi być bardzo fajne.
Idąc spać myślisz już o tym, co przyniesie następny dzień.
Budząc się cieszysz się każdym oddechem, promieniami słońca kryjącymi się za chmurami, nawet podczas wielkich zachmurzeń.
Burza jest pozytywna, bo przynosi deszcz, a wraz z deszczem przychodzi życie.
Życie dla zwierząt, ludzi i roślin.
W złych rzeczach widać dobro.
Nawet jak go nie widać, to pozostaje wiara w lepsze jutro.

Życie jako pesymista musi być bardzo ciężkie.
Wszystko jest przygnębiające.
W słoneczny dzień jest źle. W deszczowy, jeszcze gorzej.
Nic nie przynosi szczęścia.
Życie jest straszne, współczujesz każdej osobie, czy to młodej, czy starej.
Współczujesz zwierzętom i rośliną.
Nic nie potrafi przynieść prawdziwego szczęścia.

Życie w depresji jest negatywne.
Przynosi wiele cierpienia.
Myśli samobójczych i złych czynów.
Ale są plusy.
Tak. Plusy w tym wielkim bagnie zwanym życie.
Widzę więcej niż inni. To jest fakt.
Rozmyślam nad sensem istnienia.
Z początku czułam się z tym dziwnie.
Czułam się strasznie.
Zadawałam sobie pytanie, dlaczego ja to ja, dlaczego nie urodziłam się jako ktoś inny.
Co się ze mną stanie kiedy umrę. Czy moja świadomość będzie, gdzieś tam krążyć po świecie bez celu.

Teraz wiem, że żyję. Już się nie obawiam śmierci.
Nie boję się co się ze mną stanie kiedy moje życie się skończy.
Gdzieś tam wciąż będę.
Nie przeraża mnie wizja siebie gdzieś w ziemi, bo wiem, że potem wciąż mnie coś czeka.
Śmierć nie jest moim wrogiem.
Nigdy nim nie była.
Życie też nim nie jest, ono dało mi po prostu wolną rękę.
Jednak wciąż decyduje, kiedy się zakończy.
Ustala to ze śmiercią.
Życie i śmierć, to nie wrogowie.
Życie i śmierć jest jak księżyc i słońce.
Kochają się.
Nie mają prawa bytu bez siebie nawzajem, ale nie mogą ze sobą być.
Nawet oni odczuwają stratę. Byli z nami przez cały ten czas.
Są smutni, kiedy czyjeś życie się skończy, ale tak to wygląda.

Ich plany są często krzyżowane, kiedy jakaś zagubiona dusza zdecyduje za nich, ale oni nie są źli. W końcu sami tak ustalili. Życie dało nam wolną rękę co do wyborów, a śmierć się z tym zgodziła.

Cierpią, kiedy sami podejmiemy tą decyzje, ale ją rozumieją.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Grudzień.

Dzisiaj już grudzień.
Jak to szybko minęło, normalnie mam wrażenie, jakby wczoraj było to sierpniowe popołudnie i gorąc spowodowany 60 stopniami.
Nie ma śniegu.
Ani nawet żadnego śladu nadejścia lub odejścia.
Nic.
To pewnie dlatego.
Co ja gadam.
To na pewno dlatego.
Niedługo święta i śniegu też nie będzie.
Jeszcze 10 lat temu, nie pomyślałabym, że mogą być święta, czy chociażby zima bez śniegu.
A tu proszę.
10 lat temu byłam dzieckiem. Nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Nie zdawałam sobie sprawy z wielu rzeczy.
Ale dorośli zdawali.
Nikt z tym nic nie robi.
Wszyscy narzekają na gorąc w lecie, czy brak śniegu w święta, ale nikt z tym nic nie robi.
Tacy są właśnie ludzie.
Do narzekania pierwsi, ale do zapobiegania ostatni.

Śnieg pozostał tylko na ekranach.
Obejrzałabym sobie jakiś świąteczny film, ale nie mam z kim, więc chyba obejrzę sobie coś sama.
Tylko nie wiem co.
Kevina znam na pamięć, poza tym pewnie w tv będą puszczać.
Wyszukam coś na necie, jakieś top 10 filmów świątecznych, bądź coś w tym rodzaju.

Nie chcę szaleć jeszcze ze świątecznymi rzeczami typu filmy, dekoracje itd., ale nic nie robię, więc czas ten bardzo szybko minie.
Chcę wymienić sobie pościel na świąteczną, powiesić lampki i inne ozdoby. Od kilku lat chcę kupić choineczkę, taką małą białą, żeby było ładnie, ale mój pokój jest brzydki. Nie wygląda tak jakbym chciała, a nie wiem, kiedy nadejdzie moment remontu.
Wypadałoby pójść do pracy, wtedy bym nie musiała tyle czekać.
Ale boję się ludzi, więc to bez sensu.

Boje się ich i nienawidzę jednocześnie. XDD.

Ostatnio przesłuchałam sobie piosenkę Sulli Goblin. Szkoda, że po tym jak umarła.
Bardzo mi się podoba ta piosenka.

Nikt nie czyta tego co tu dodaję XD.
Smutno.
Niby mi na tym nie zależy, bo piszę tak bardziej dla siebie, ale kiedy nie widzę liczby przy oczku to nie chcę mi się pisać.
Chociaż tu jest szybciej niż w zeszycie.
Będę to robić dalej.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Joker.

Przed chwilą obejrzałam film ,,Joker''.
Tak, ten nowy z tego roku.
Opinię są w głównej mierze pozytywne, ale oczywiście te drugie też są.
Nawet mi się podobał.
Nawet.
Tylko i wyłącznie dlatego, że widzę podobieństwo zachowania do mojego.
Nie pokoi mnie to trochę, ale tylko dlatego, że nie chce zostać zamknięta w wariatkowie.

Żarcik w programie. HAHAHA przezabawny HAHAHA.
I prawdziwy.
Kiedy powiedzą o tym publicznie, wszystkim jest żal.
Kiedy ktoś by umarł na ulicy, wszyscy by omijali.

Ludzie są tacy.
Myślą tylko o sobie.
Nie widzą cierpienia innych.

Aktor świetnie zagrał swoją rolę, a ja poczułam, że na świecie nie tylko ja mam takie problemy.
Nie tylko ja uważam, że ludzie są beznadziejni.
Nie tylko ja przyklejam uśmiech do twarzy.
I przede wszystkim, nie tylko ja jestem stuknięta.

Ale skoro nie tylko ja oszalałam i jest więcej takich osób, to tak naprawdę nie ma ludzi stukniętych. Wszyscy są tacy. Dla szaleńców normalni są dziwni, dla normalnych, szaleni są dziwni.

Tak to jest.

sobota, 23 listopada 2019

Samobójstwo.

Odczuwam ciągły ból.
Wewnętrzny ból.
Ból istnienia, tak dokładniej.

Wszystko co robiłam zaczęło tracić sens. Z dnia na dzień coraz bardziej, aż doprowadziło mnie to do tego momentu. Momentu, w którym utknęłam.
Nie potrafię sobie z niczym poradzić.
Moje życie nie ma sensu. Tak dosłownie.
Jeszcze rok temu jakoś dawałam sobie z tym radę.
Ale teraz, cholera, niech to wszystko szlak trafi.

Odkąd pamiętam bałam się wszystkiego. Pająków, zjazdu na sankach z góry boiska, spóźnienia do domu, nawet o te 5 minut, wywołania do tablicy, rozmowy z ludźmi. No rzecz biorąc wszystkiego. Niektóre lęki się pogłębiły.
Społeczeństwo nazwało by to nieśmiałością.
Specjaliści introwertyzmem.
Ale ja wiem, że to coś innego. Coś gorszego, co zjada mnie od środka. Bardzo powoli, bierze sobie mnie po troszeczku, czasami pozwala sobie na więcej mnie, ale wtedy zaczynam świrować i odpuszcza na moment. Nieraz zaczyna się nudzić i daje mi spokój na kilka dni, ale potem zjada moje szczęście z jeszcze większą zachłannością.
Zjada nie tylko szczęście. Pożera mój rozum, moje myśli, moje czyny.
Wszystko co było moje staje się jego. Próbuję z tym walczyć, ale powoli bardzo wolno, zaczynam się poddawać. Tak wolno jak to mnie pożera, tak wolno ja się poddaję.
Ale wciąż obie te rzeczy idą do przodu.

Wracając do strachu. Mojego strachu i przerażenia otaczającym światem. Boję się też śmierci.
To znaczy bałam się.
Śmierć to nie jest mój wróg. Już nie.
To przyjaciel, który może dać ukojenie. I chcę to zrobić. Śmierć chce mnie uratować, przed tym co mnie pożera.

Spytacie, czy mam depresje?
Bardzo możliwe, ale co z tego.
Kto się tym przejmie.
Chciałam sobie pomóc, kiedy nikt tego nie zauważał.
Nie zauważał mojego wołania o pomoc.
Próbowałam pokazać innym, że coś jest nie tak. I się udało. Zauważyli to, ale nic z tym nie zrobili.
Nie będę nikogo oskarżać o nic. Nie chcę żeby inni cierpieli, dlatego, że podjęłam taką, a nie inną decyzję. Tak. Chcę sama dokonać wyboru, tego ostatecznego. Tego, który zakończy jedno i rozpocznie drugie.
Chcę, ale nie potrafię.
Nie potrafię zrobić tego teraz.
Boje się, że coś mnie ominie.
Że stanie się coś jeszcze ważnego, a mnie to tak po prostu ominie.

Ktoś chcę to zatrzymać? Bardzo proszę, ale nikt nie zatrzyma tego co mnie zjada. To się tak po prostu nie podda. Dostanie to czego chce i zaśmieję się wam w twarz.

piątek, 22 listopada 2019

Doktor Sen.

Byłam ostatnio w kinie na ,,Doktor Sen''.
Jakiś czas przed pójściem na film przeczytałam książkę i wiecie co ... ?
Książka o wiele lepsza.
Nie jest to chyba tajemnica co?

W filmie niektóre wątki są tak pozmieniane, że cały film sprawia wrażenie innego niż książka.
To znaczy mniej więcej jest tak samo i koniec końców dzieje się niby tak samo jak w książce, ale jednak.

Film sam w sobie ma specyficzny styl.
Nie wiem do końca czy coś mi nie odpowiadało, czy o co chodzi, ale wiem, że spać mi się chciało.
Gdyby nie fakt, że poprzez to, iż przeczytałam książkę, oglądając film myślałam, że o teraz powinna być ta scena, a potem zostanie jeszcze to i to i wiedziałam ile muszę jeszcze czekać na koniec.
Nie żałuję pójścia na ten film.
Nie.
Był spoko.
Szału nie było.
Film był po prostu spoko.
Nic więcej.
Jedna z rzeczy, które zadziały się w filmie i miałam, aż takie, że WOW, to kiedy była scena małego bejsbolisty (nie będę spojlerować, co tam się takiego zadziało), ale wtedy sobie pomyślałam ,,Kurde, ale dobry aktor z tego małego. Normalnie jakby działo się to naprawdę".
I tyle, jeśli chodzi o Doktora Sen.
Nie wiem, co jeszcze bym mogła dodać XDD.

Nigdy nie byłam dobra w pisaniu rzeczy takich jak to. Rozprawek, recenzji, streszczeń itd.

Zastanawiam się, czy naprawdę warto czytać najpierw książkę, a dopiero później oglądać film, bo za każdym razem, kiedy najpierw czytam książkę, a potem oglądam film to się zawodzę.
W sensie nie potrafię spojrzeć na film w takim sensie jakby to było coś innego, tylko się doszukuje podobieństw i zmian jakie zaszły podczas tworzenia filmu.

Zawsze moim przykładem jaki podawałam między książką i filmem był Nerve. Znajoma pożyczyła mi tą książkę, bo chciałam ją najpierw przeczytać, a potem obejrzeć film. No i niby spoko. Przeczytałam książkę i stwierdziłam, że spoko, ale potem przyszedł czas na film. I co? No ogólnie niby coś tam było podobne do książki, ale tak jakby tylko ogół historii był ten sam i niektóre sceny, bo poza tym sprawiał wrażenie kompletnie czegoś innego. Jakby osoba tworząca film bardzo mocno się inspirowała książką. I tyle.

piątek, 15 listopada 2019

Sen.

Nie mogłam zasnąć.
Znowu.
Niby moje oczy dają mi do zrozumienia, że jestem zmęczona, ale mózg nie chce przejść w stan odpoczynku. 
Ale się udało.
Zasnęłam.
Spałam źle i wciąż się budziłam, ale chyba powinnam się cieszyć z tego, że w ogóle spałam, czyż nie tak?
Przed spaniem o czymś myślałam, ale nie pamiętam dokładnie o czym.
To była zwykła myśl, która przemknęła mi przez głowę.
Pamiętam tylko tyle, że zadałam sobie pytanie, czy to co robię się kiedyś skończy.
Czy starania i nadzieje mają jakikolwiek sens.
Czy uda mi się przestać bać życia i wezmę się za coś normalnego.

Nie jestem nawet pewna, czy ta myśl to nie był przypadkiem jakiś sen.
Ale potem śniło mi się coś jeszcze innego.

Może najpierw powinnam przedstawić kilka spraw, żeby było wiadomo o co chodzi.
Czy powinnam się czegoś obawiać, czy podjąć jakieś kroki?
Tego nie wiem.

W liceum chodziłam do dwóch szkół. Nie, że tak na raz, ale się przeniosłam najpierw z jednej do drugiej, a potem z tej drugiej z powrotem do tej pierwszej. To ma głębszy sens niż się może w początku wydawać. To nie tak, że jestem jakaś ułomna i nie potrafię się określić, chociaż tak też jest. (w sensie z tym określeniem się (bardziej chodzi o osobowość)).

Chodzi o to, że ta pierwsza szkoła, do której chodziłam była w moim mieście, bo była takim ostatnim wyborem, ale nie miałam tam nikogo. Moja jedyna znajoma, z którą utrzymywałam kontakt przez bardzo długi czas była w tej drugiej szkole. Czułam się wyobcowana, kiedy okazało się, że z moją nową klasą nie potrafię się dogadać nawet, jeśli to były dopiero 2 dni. Trułam rodzicom o tym, że chcę się przenieść itd. I się udało. W pierwszym semestrze mi nie szło. To znaczy na początku było wszystko ok, udzielałam się w dodatkowych rzeczach i wg, jednak później coś poszło nie tak i zaczęło się wszystko sypać. Miałam 7 zagrożeń. XDD Teraz się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Przez to co się wtedy działo, nie tylko złe oceny, ale inne bardziej skomplikowane lub nie rzeczy, miałam depresje. 

Nie żałuję decyzji podjętej przeze mnie te kilka lat temu. Poznałam kilka fajnych osób, a klasa, z której na początku się wyniosłam okazała się moją najlepszą klasą ever.

I na tym się skończyła moja edukacja. Nie potrafię się w sobie zebrać i pójść na studia, ani do pracy. Męczy mnie to, że wszyscy mi narzucają podjęcie decyzji, o której ja nie chcę nawet myśleć, ale inni co jakiś czas mi o tym mówią, a ja kiedy to słyszę czuje się jakby setki miliardów igieł wbijały się w moje ciało.

Ale wracając do sedna tego tematu.
Bo chodzi tu o mój sen, pamiętajmy o tym.

Śniło mi się, że poszłam do szkoły. Ni to studia, ni szkoła policealna. Znowu za znajomymi, którzy tam byli, a ja nie chciałam być sama, więc podjęłam takie same kroki jak oni. Niektórzy się już znali, tak że czułam się trochę dziwnie, co najmniej jakbym była tam nowa, chociaż oni sami poznali się na jakimś spotkaniu, które ktoś zasugerował, a nie było na nim nawet wszystkich. Porobiły się grupki osób, które chodziły do tych samych szkół w latach poprzednich, a niektórzy patrzyli krzywo na innych. Ja rozmawiałam z osobami z liceum i jednej szkoły i drugiej.Dowiedziałam się, że (nazwijmy ją J.M..), żeby nie podawać tutaj imienia, chociaż to jego pierwsza litera XD, nie będzie z nami się uczyła, bo poszła na inne studia już rok temu i nie chcę teraz od nowa wszystkiego zaczynać i marnować tamtego roku, i W. chodziła do tej samej szkoły, ale rok wyżej, bo zaczęła ją rok temu i nie mogła się przenieść, ale i tak chodziłyśmy przynajmniej do tej samej szkoły.
Zadzwonił dzwonek, że mamy iść do klasy na lekcje, a szkoła była jakby połączeniem mojej podstawówki i liceum tego drugiego. Weszliśmy do klasy, a ławki były jakoś dziwnie poustawiane i ja nie miałam gdzie usiąść, bo chciałam obok kogoś kogo znam, nie z przodu i nie na samym widoku, ale były tylko dwa wolne miejsca i wszyscy się na mnie patrzyli, więc usiadłam na pierwszym lepszym miejscu, które było. 
Okazało się, że mamy matmę. Ogarnęło mnie przerażenie, bo nauczyciel wydawał się surowy, a ja nie pamiętałam nic z matmy z poprzednich lat. Zaczął zadawać pytania, a ja zestresowana próbowałam się schować za plecami osoby, która siedziała przede mną. Nagle nauczyciel zwrócił uwagę chłopakom, którzy siedzieli obok mnie, że mają zdjąć plecaki z ławki i usiąść się po ludzku. Ja się odwróciłam w ich stronę, bo jeden z nich coś do mnie mówił i nagle przyszedł mój kuzyn, który coś się mnie pytał i mówił, że coś tam moja mama ode mnie chcę, a ja mu mówiłam, że teraz nie mogę, bo mam lekcje i, że ma się usiąść, a potem jak się skończy ta lekcja to ja zadzwonię po ciocię, żeby po niego przyjechała, czy coś tam. On się usiadł w ławce obok mnie, bo nagle było miejsce i zaczął wyjmować jakieś rzeczy z plecaka. Jakieś zabawki itd. Ten nauczyciel zaczął mówić, że mamy się wszyscy zachowywać i dalej zwracał uwagę tamtym chłopakom, a oni zaczęli do mnie mówić, że mam też ogarnąć tego dzieciaka, bo go tu nawet nie powinno być. To zaczęłam mu mówić, że ma zdjąć buty, założyć kapcie i wziąć nogi na dół, bo nie jest w domu, żeby się tak zachowywać. On się posłuchał i to zrobił, ale zaraz usiadł się po turecku i ten nauczyciel coś już chciał zacząć mówić, tak samo tamci chłopacy i ja taka zdenerwowana głośniej do niego zaczęłam mówić, że ma mnie słuchać, bo zaraz będzie sam na korytarzu siedział i wróci do domu też sam, bo ja mu nie pomogę itd. i wszyscy na mnie zaczęli patrzeć, z takimi wyrzutami, jak ja mogłam się tak do dziecka biednego odezwać i wg. i ja coś tam zaczęłam mówić i miałam taką panikę i mówię, że niech on tu zostanie, niech robi co chcę, osoby z klasy niech go pilnują przez chwilę, bo ja muszę wyjść, bo zaraz wybuchnę i go rozsadzę albo siebie, że nie wytrzymam zaraz i wg i wyszłam z klasy na jakąś klatkę schodową i zaczęłam krzyczeć. 
Potem stwierdziłam, że muszę przestać, bo jeszcze ktoś pomyśli, że coś się stało i zrobi nie potrzebnie zamieszania. Szłam do góry po jakichś schodach, nawet nie wiem gdzie i nagle moja znajoma wyszła i podeszła do mnie i zaczęła mówić, że się wszyscy zastanawiają, czy wszystko jest ok, bo słyszeli jak krzyczałam, ja powiedziałam, że nie potrzebnie przychodziła i potem się jej spytałam, czy jak bym przez tydzień nie przychodziła na zajęcia to, czy by mnie wyrzucili, a ona, że nie, że mogłam być po prostu chora. I ja już wróciłam do tej klasy i już nauczyciela i mojego kuzyna nie było, bo go ciocia zabrała, bo on do niej SMS'a napisał i ja powiedziałam, że nie będzie mnie do końca tygodnia, bo muszę sobie wszystko przemyśleć, bo chyba nie jestem na siłach żeby chodzić do szkoły, na studia i w ogóle żyć tak jak kiedyś i oni powiedzieli, że dobrze, że nic się nie stało, że mogą nawet na mnie poczekać i kiblować specjalnie, żeby za mną poczekać, aż wszystko będzie dobrze. I po tej całej akcji nagle się okazało, że jest koniec lekcji już i wszyscy się zwinęli do domu, w sensie inne klasy i już sprzątać zaczęli wszystko itd. i ja szłam tam z J. i W., bo W. chciała mnie odprowadzić na autobus, a J. jechała razem z nami i ja zobaczyłam nagle na podłodze jakąś zakładkę do książki z mangi yaoi (ci co wiedzą co to to wiedzą) i poszłam po nią i potem poszłyśmy do góry, bo one mówiły, że coś muszą jeszcze załatwić i ja poszłam z nimi i okazało się, że oni jakieś zdjęcia ze mną porobili i wg i je tam zaczęli puszczać i jakieś słowa z muzyką były puszczane i ja się popłakałam na tym i to było coś mniej więcej takiego, w sensie z przekazu, że nie żałują czasu spędzonego ze mną i mają nadzieje, że wszystko będzie dobrze, ale że jak mam już dosyć tego wszystkiego i chcę odejść to nie będą mnie za to winić i będą dobrze wspominać to co razem przeszliśmy. I jeszcze było coś takiego, że ja się zaczęłam z nimi przytulać i nawet z osobami, z którymi ten kontakt był słaby, głównie jakieś 'hej' i kilka słów zamienionych, że mówili do mnie, że jestem spoko i bardzo mnie polubili, nawet jeśli znali mnie krótko i nie mieli czasu się zbytnio ze mną zaznajomić i taka M. powiedziała do mnie, że jestem bardzo dobrą osobą, a ona przeważnie nic nie mówiła tak od siebie i ją przytuliłam i się obudziłam.

Nie wiem co mam myśleć o tym śnie. Od dłuższego czasu w mojej głowie dzieją się różne rzeczy. Mam dziwne myśli, które nie wiem jak interpretować, a dzisiaj jeszcze taki sen. 
Mogę z tego wywnioskować, że oni by mi wybaczyli ta czego bym dokonała, ale nic ze strony rodziny nie dostałam. Nie wiem jak oni by się czuli, więc to decyzja musi zostać podjęta kiedy indziej.

Nie czuję przywiązania do ludzi.
Nie czuję tego bliskiego kontaktu z kimkolwiek.
Nie potrafię się do kogoś zbliżyć.
Wszystkich trzymam na dystans.
Nikomu nie ufam.
Nienawidzę rozmawiać o swoich uczuciach, w szczególności z kimś kogo znam.
Jedak jak mi na kimś zależy to oddaję całą siebie.
Dla bliskich znajomych i rodziny jestem oziębła, ale dla tej specjalnej osoby ujawniam wszystko.

wtorek, 12 listopada 2019

Piękno i ból.

Zauważam w sobie piękno, którego wcześniej nie widziałam. Zaczynam na siebie patrzeć z innej perspektywy.
Nie tak jak to ja bym patrzyła, ale tak jak inni mogą mnie postrzegać.
Nie jestem straszna.
To dlaczego te myśli do mnie wracają.
Czuje jakby moje życie nie należało do mnie. Jakby wszystko co się działo było snem.
Nie. Nie jest tak zajebiste.
Wręcz odwrotnie. Jest okropnie.
Nie wiem tylko dlaczego.
Zadaje sobie to pytanie. Dlaczego to spotyka mnie.
Potrafię mieć optymistyczne myśli, ale te pesymistyczne też. Nie rozumiem dlaczego tak jest.
Nie potrafię się określić.
Nie potrafię wybrać.
Wybór jest wciąż tak trudny.
Nie wiem kim jestem.
Nie wiem nawet czego chcę. Mam pragnienia, chcę je spełnić, ale się boję.
Chcę byś znana.
Nie.
Nie powiem, że sławna, bo to płytkie określenie.
Odkąd zaczęłam być bardziej świadoma, zapragnęłam być znana.
Wtedy, w podstawówce, żeby pokazać wszystkim, że jestem kimś i nie chcę żeby ludzie myśleli inaczej. Jestem sobą i niech tak pozostanie.
Jednak lata mijały, a wraz z nimi moje postrzeganie świata.
Nie było już tak jak wcześniej. Podstawówka się skończyła, jednak chęci pozostały, a nawet bardziej się rozwinęły.
Następny poziom. - Gimnazjum.
Chęć bycia znaną, by coś zmienić.
By mieć wpływ na innych. Chciałam żeby ludzie byli dla siebie dobrzy, jednak zaczęłam ich nienawidzić. Dlaczego? Tego też nie wiem.
Widzę w każdym dobro, ale też zło. Ktoś lśni, ale gdy tylko się odwróci zaczyna gasnąć.
Liceum nie przyniosło nic innego jak cierpienie.
Wewnętrzny ból. Skąd on się bierze do cholery?
Tyle dobrego jest wokół, ale ja zauważam tylko zło.
Zło, cierpienie i ból.
Nie chcę zostać zapomniana.
Chcę by ludzie się rozumieli.
Rozumieli siebie i innych.
Kiedy myślisz o innych oni myślą o Tobie.
A wtedy wciąż Cię pamiętają.
Nie tylko wtedy, kiedy sami cierpią.
Zacznijmy zauważać ból, który nas otacza. Nie ograniczajmy się tylko do szczęścia.


poniedziałek, 11 listopada 2019

Halloween

Dzisiaj halloween, niektórzy uznają to jako święto, inni jako okazje do zabawy, a jeszcze inni nie chcą nawet słyszeć tej nazwy. Nie będę tutaj opisywać genezy powstania, ani niczego podobnego, jednak polecam każdemu poczytać troszeczkę na ten temat, i tym świętującym i tym nie.

Ja osobiście bardzo lubię klimat halloween. Nie jest to dla mnie jako tako święto, a raczej bardziej impreza or something. Lubię zrobić jakąś charakteryzację, obejrzeć horror i najeść się słodyczy. (Oczywiście nie potrzebuje do tego specjalnej okazji, bo w moich żyłach płynie cukier, a ja jestem odzwierciedleniem horroru😅). Nie wiem, co mogę na ten temat jeszcze dodać, bo chce mi się spać, jak zwykle zresztą, ale jest fajnie, więc napiszę coś innego, co nie wiem do końca czy mnie dobija, śmieszy, czy będzie to powód nawrotu depresji XD.

W gimnazjum miałam głupią sytuację związaną z osobami z mojej klasy i karma wraca. I to tak na poważnie. Tyle, że nie wiem, czy do mnie czy do osoby, która była jedną z głównych osób w to zamieszanych. Mam nadzieję, że wszystko będzie ok, ale to się zobaczy.

PS:Miałam dzisiaj kurwicę XD. Chciałam zamówić książki Stephena Kinga, ale karta odmówiła posłuszeństwa. Spędziłam 2h przed kompem, a w ostateczności zamówiłam jedną mange. Fuck logic w ogóle.

Znowu sama.

Nienawidzę się przywiązywać do kogoś, a robię to za każdym razem. Czy chęć posiadania przyjaciela, jest aż tak zła? Bycie zawsze samemu nie jest wcale takie fajne. Kiedyś lubiłam samotność. Byłam tylko ja i moje myśli, później przyszła jeszcze muzyka, a teraz ? Teraz to wszystko mnie wykańcza.

Poznałam kogoś kto miał podobne problemy do moich, a znajdował się na drugim końcu ziemi. Jak zwykle się pomyliłam w obliczeniach lojalności ludzi. Nigdy nie byłam dobra z matmy, ale lekcje jednak się różnią od życia. No chyba że są to lekcje życia. No więc człowiek ten niby wyraża chęć rozmowy, ale tak nie do końca i nie zupełnie to okazuje. Kiedy dowiedziałam się, że jest to ktoś bez przyjaciół zrobiło mi się przykro, bo ja sama mam znajomych jak każdy(chociaż chyba nie do końca), ale to nie to samo co przyjaciel. Miałam nawet wyrzuty sumienia, że ja kogoś mam, a ten osobnik nikogo, ale wiecie co ? Ta osoba nie miała raczej żadnych uczuć do mnie. Nie mówię tu o miłości, bo raczej w nią nie wierzę, ale kilka wiadomości dziennie nikogo by nie zbawiło.

Nie ufam ludziom, jednak zawsze daje im szansę, nawet jeśli jest to któraś z kolei. Zostaje później sama, a ten ktoś układa sobie życie, żeby za kilka dni, miesięcy, a nawet i lat wrócić do mnie ze swoimi problemami, których już nie dzielimy i wiecie co ? Wpuszczam ich z powrotem do swojego życia z lekkimi wątpliwościami, ale to robię. Oni niszczą mój spokój, który jako tako sobie zbudowałam przez kolejne lata samotności i krwawej nadziei na lepsze .. jutro ? Nevermind. Jednak wcale nie dziwi mnie fakt, iż oni znowu odejdą, ale ja zawsze wpuszczę ich znowu i znowu.

Ktoś zada pytanie po co to robię.

Szczerze ?

Nie wiem. Wygląda na to, że chyba lubię cierpieć.

czwartek, 7 listopada 2019

Nowy początek.

Zawsze oczekiwałam tego dnia, kiedy wreszcie skończę szkołę. I co ? Nadszedł ten dzień, ale nic się nie zmieniło. No może coś się zmieniło. Czuje teraz pustkę, jakbym coś straciła i nigdy nie mogła tego odzyskać. Mówcie sobie co chcecie, ale ja tam lubiłam moją szkołę. No może poza sprawdzianami, zadaniami domowymi i niektórymi nauczycielami, ale poza tym nie mam się do czego przyczepić... co ja gadam. Zawsze jest się do czego przyczepić, ale po co? Lepiej zapamiętać te dobre momenty, a o tych złych zapomnieć. Nie potrafię też pożegnać się z przeszłością i wciąż nią żyje. Wspominam to co było i dobijam się tym, bo czasu nie cofnę.